Czas nieubłaganie leci.
Fakt.
Ktoś napisze: niedobrze! Starzejemy się. Ktoś przychodzi, ktoś odchodzi. Coś zyskujemy, coś tracimy. Pojawia się refleksja. Smutno jakoś...
A ja napiszę: i bardzo dobrze!
Widzę to tak. Za rok, za dwa - deadline, dzieci przyzwyczajają się do koegzystencji. Nastąpi wielki szacher-macher i przeniosę je do jednego pokoju, przy jednoczesnym odzyskaniu sypialni. Przestanę gotować pięćdziesiąt posiłków dziennie. Bo rodzina zacznie szanować mój czas i przestanie żądać. Na śniadanie kaszka bananowa na mleczku dla niego, dla niej paróweczki z keczapikiem i chlebek bez masełka, dla Hanego omlet dobrze ścięty z fetą i oliwkami, a dla siebie ledwo ciepłe powietrze i to dopiero w okolicach szesnastej. Wszyscy domownicy posiadający kończyny górne będą sami spożywać pokarmy stałe i ciekłe. Dzieci przestaną tak często chorować. Będę więcej wydawać na jedzenie niż na leki. A na rozrywki więcej niż na jedzenie. Nastąpi tak zwane odpieluchowanie. Nie będę prać i rozwieszać i składać trzech pralek dziennie. Wyrzucę wszystkie zabawki. Wezmę byle co i wyjedziemy byle gdzie. Będę w stanie utrzymać porządek w domu. Mój kręgosłup odzyska pionową pozycję. Z przyczajonego tygrysa zamienię się w rączą gazelę. Będę nosić niepoplamione i wyprasowane ubrania. Będę przyjmować gości. Będę się gościć. Wyjdę z domu i nie wrócę przez trzy dni bez ciśnień, że nie zjedzą, nie wypiją, nie przeżyją...
Idąc za przekonaniem ogółu: małe dzieci - mały kłopot, karmię się ciężkostrawną ułudą?
Być może, ale tak jak moje dzieci z frytek, nie potrafię z niej zrezygnować.
Dla zdrowia mojego, własnego, psychicznego tak sobie inputuję.
Mam nadzieję, że nic nie zmąci tego cudownego przeświadczenia... i, że i tym razem dostanę okresu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
16.08.2011
12.08.2011
Znów będą wakacje
Niniejszym uznaję tegoroczne wakacje za nieudane!
Klapa, porażka, ma-sa-kra.
I nie chodzi tu o polskie morze z gwarancją pogody w pakiecie… jakiejś!
A słono w ustach nie robi mi się od kąpieli w tymże, jeno rzygać mi się chce ze zmęczenia.
W pamięci mam wyjazd dwa lata wcześniej. Pierwsze wakacje z rodziną. Dwoje dorosłych do obsługi jednego dziecka. Lajt, tak zwana zabawa w dom. Odespałam, poczytałam, pozytywnie wynudziłam. Dopiero teraz to widzę. Choć wtedy też narzekałam. Głównie na brak swobody, do której tak przywykłam w poprzednim życiu. Ale mimo wszystko było na tyle przyjemnie, że myślałam…
Nie przypuszczałam...
Najpierw była:
Trzydniowa adaptacja. Przełykam jak gorzką pigułę. Choć gul podchodzi do gardła.
Nie krzycz. Nie panikuj. Nie bij siostry. Nie uciekaj. Uważaj osa! Śpijcie proszę, już pora. A właśnie, że uda mi się zsynchronizować drzemki. A żebyś wiedział, bo muszę chwilę odpocząć. Czemu nie śpisz? Nie, nie pamiętałam, żeby jeszcze tego cholernego misia spakować. Wszystko na mojej głowie. Nic innego dzisiaj nie ugotuję. Jedz co jest. Nie jedz już więcej. Boli? A nie mówiłam? Nie wracamy do domu. Tak, to właśnie są wakacje. No przecież tłumaczę. Nie wrzeszcz, mnie też pożarły komary. Co tym razem boli? A kto mnie przytuli? Stop!!!
Potem:
Dwudniowa chwilowa ulga. Bo choć łatwo nie jest i do relaksu brakuje metra to miejsce zostało mniej więcej oswojone. Dzieci polubiły spanie w jednym pokoju. Efektem czego budzą się koło szóstej rano gruchając do siebie jak dwa gołębie giganty. Czyli przeraźliwie głośno. A ja chcę dalej spać. Położyłam się cztery godziny później niż reszta. Ktoś przecież musiał zrobić coś, żeby kolejny dzień wyglądał na udany. Przygotowania do wyjścia na plażę. Ojoj. Ręcznik i kąpielówki? Tia. Wózek, moskitiera, folia przeciwdeszczowa, strój kąpielowy, pieluchy, mokre chusteczki, papier do dupy, ubranie na zmianę (bo zanim zdążę złapać gamonia, zamoczy to co ma na sobie), picie, jedzenie (dla każdego co innego), kapelusz, okulary, krem, spray na robale, ręcznik, wiadro, łopatka, pojemnik na jagody, smoczek, koc, namiocik plażowy. Aha i wszystko razy dwa. Bożesz ty mój. O czymś zapomniałam? Dobrze, że plaża blisko. I morze jest. Piaskownica i ruchomy basen. Szczęście dzieci moim szczęściem.
Następnie:
Spięty poślad w następstwie całodniowej ulewy. Dziesięć metrów kwadratowych podzielić na cztery osoby, to jakieś... malusio. Obijanie się o siebie przestaje być zabawne koło południa. Animuję jak potrafię. Zabawiam. Wymyślam. Obiecuję słoneczko. Dzieci przestają reagować. Jestem małoprzekonująca. Płacz i zgrzytanie zębów. Jutro nie będzie padać?! Na pewno.
W kolejnych dniach:
Czasem słońce. Częściej deszcz. Czasem średnio. Częściej lipa.
Dzieci chcą wracać do domu. Zasadniczo ja też. Tylko, że bez dzieci.
Koniec końców:
Lipa, lipa, lipa. Ostatnie pięć dni leje, wieje, wilki jakieś. Dzieci wymagają stałego zaangażowania siły i środków. Zabawek wzięliśmy jak na lekarstwo. Wymyślamy. Zabawa w wyrzucanie rzeczy z szuflad stała się nudna. Akuku w szafie do wyrzygania. Klap klap rączki. Zgaduj zgadula, w której ręce... Na plażę nie chodzimy , bo łeb urywa. Wszystkie ścieżki w okolicy wydeptane. Atrakcje zaliczone. Spacery w deszczu powodują braki w garderobie na trzy dni przed powrotem do domu. Pozostaje grzebanie w worku z brudami, bo pranie schnie od czterech dni i dalej jest mokre. Funkcjonowanie opiera się na stałoporowości posiłków i drzemek. Dzieci nie dają oddalić się na krok. Zaczęłam „doceniać” fakt, że palę… Jedyna pociecha, że jak się zmęczą to pójdą spać.
Chwila dla siebie, na zebranie myśli chociaż. Upewniam się, że nikt więcej mnie dziś nie potrzebuje. Biorę elektroniczną nianię w rękę i jak na powrozie krążę w promieniu stu metrów od domku.
Hany znajduje mnie przycupniętą za rogiem z kiepem w dłoni.
Przytula mnie mocno. Długo milczymy, po czym szepce – chcę na wakacje.
– Ja też. Tylko z Tobą.
13.07.2011
Uff
Radość przyszła nagle, wraz z ozdrowieniem dzieci.
Rozumiesz, cudownie jest!
Bo oto nikomu nie kapie z nosa. Nikt nie budzi się szesnaście razy w nocy. Nie ma wycia do księżyca mimo zbliżającej się pełni. Nikt nie wymiotuje z bólu. Nie wypluwa lekarstw. Powolutku znikają wysypki. Goją się gardła. Po tygodniu ścisłej przymusowej diety pęcznieją brzuszki. Wyniki badań się normują. Alarm przeciwgorączkowy odwołany.
Można wziąć głęboki oddech. Uff… Wdech. Wydech.
Proste rzeczy awansują do rangi mistycznych przeżyć. Spacer po tygodniu karceru to dopiero radocha. A grzeb dziecko w ziemi ile wlezie. Smaczny piasek? A jedz na zdrowie. Cudownie się uśmiechasz. Cudownie płaczesz. Kolanko? Daj wymasuję, pocałuję. Namaluję zieloną wiewiórkę w rybie łuski, z małym ogonkiem. Postawię wieżę z garnków. Będę ciuciubabką, ciuciumatką.
Wszystko zrobię. Tylko proszę, nie chorujcie więcej.
Rozumiesz, cudownie jest!
Bo oto nikomu nie kapie z nosa. Nikt nie budzi się szesnaście razy w nocy. Nie ma wycia do księżyca mimo zbliżającej się pełni. Nikt nie wymiotuje z bólu. Nie wypluwa lekarstw. Powolutku znikają wysypki. Goją się gardła. Po tygodniu ścisłej przymusowej diety pęcznieją brzuszki. Wyniki badań się normują. Alarm przeciwgorączkowy odwołany.
Można wziąć głęboki oddech. Uff… Wdech. Wydech.
Proste rzeczy awansują do rangi mistycznych przeżyć. Spacer po tygodniu karceru to dopiero radocha. A grzeb dziecko w ziemi ile wlezie. Smaczny piasek? A jedz na zdrowie. Cudownie się uśmiechasz. Cudownie płaczesz. Kolanko? Daj wymasuję, pocałuję. Namaluję zieloną wiewiórkę w rybie łuski, z małym ogonkiem. Postawię wieżę z garnków. Będę ciuciubabką, ciuciumatką.
Wszystko zrobię. Tylko proszę, nie chorujcie więcej.
7.07.2011
Siostro basen!
Jestem chora. Zapalenie gardła i zatok. Organizm zbuntował się. Podjął decyzję, że przyjmie wirusa, żeby odwrócić moją uwagę od problemów głowy. Nie powiem, trochę mu się udało. Szczwany lisek. Przyjaciel...
No1 też chora. Przytargała ten badziew z przedszkola. Dusi się, krztusi, pot ją oblewa.
No2 chory. No musiała go pocałować, musiała... Drugi dzień walki z gorączką. Walka nierówna. 39,5 niezmiennie mimo syropów, czopów, kompresów...
W związku z koniecznością organizacji szpitala w domu, kompletnie nie mam czasu na roztrząsanie obornika na polu swego życia. Nie będzie depresja zbierać żyznych plonów w tym sezonie. Oby...
Niebo płacze za nas oboje. I to jak płacze!
No1 też chora. Przytargała ten badziew z przedszkola. Dusi się, krztusi, pot ją oblewa.
No2 chory. No musiała go pocałować, musiała... Drugi dzień walki z gorączką. Walka nierówna. 39,5 niezmiennie mimo syropów, czopów, kompresów...
W związku z koniecznością organizacji szpitala w domu, kompletnie nie mam czasu na roztrząsanie obornika na polu swego życia. Nie będzie depresja zbierać żyznych plonów w tym sezonie. Oby...
Niebo płacze za nas oboje. I to jak płacze!
14.06.2011
Czuję, że żyję
Jakżesz cudowna odmiana po miesiącach depresyjnego nastroju!
Widzę światełko w tunelu.
Wystarczy zawiesić status życiowy matka w stan standby i się poprawia tak, że dech ze szczęścia zapiera. Parę dni, czasem dzień bez dzieci wystarczy, żeby złapać dystans do życia w rodzinie. Na dodatek poprawa jakości bytowania w statusie matka pociąga za sobą pozytywne zmiany dla statusów żona i kochanka! Yeah!
To lubię.
Okazało się, że mogę, umiem troszkę oddalić się od ogniska domowego. W tym czasie nic złego się nie dzieje, ktoś dorzuca drwa do ognia, nie muszę ja wszystkiego doglądać.
Postaram się to kultywować, urywać kawałki dni dla siebie. Na razie powoli, bez ciśnienia, żeby się nie spalić w zetknięciu z atmosferą. Żeby sodówa mi do głowy nie uderzyła. Muszę przeprowadzić wewnętrzną rozmowę z moimi potrzebami. Przeprosić się ze "zmarnowanym czasem". Reaktywować marzenia. Przysłowiowe pasje - przypomnieć sobie definicję słowa, a później stopniowo zacząć trenować i praktykować. Nic na siłę.
Zastanowić się jak przeprowadzić rekonstrukcję życia, żeby się Hany nie spłoszył.
Obowiązek zdjęty czasowo ze mnie, nakłada się automatycznie na niego. A wiadomo jak spada macierzyństwo na kobietę, to ona musi dać radę, bo to matka przecież, nie ma innego wyjścia - wmówili mi. A jak spada na faceta, to on dokonuje wyboru, czy chce angażować się na 100%, czy na pół gwizdka - wszystkie opcje dozwolone i akceptowalne przez społeczeństwo.
Całe szczęście Ukochany mój nie kłania się stereotypom.
Panowie kiwają głowami ze zdziwieniem, panie zazdroszczą. Otóż mam w domu Rzadkość, który odkurza, myje podłogę, podgrzewa kotlety, gotuje parówki, umie robić dobrą herbatę z cytryną i cukrem, no i już całkiem niebywałe zajmuje się dziećmi! Na dodatek pozwala mi wychodzić z domu dalej niż do warzywniaka i na dłużej niż na godzinę.
Mógłby nie robić nic z wypisanych powyżej.
Wystarczy, że dostrzega iż jestem człowiekiem i zasługuję na to by żyć.
Widzę światełko w tunelu.
Wystarczy zawiesić status życiowy matka w stan standby i się poprawia tak, że dech ze szczęścia zapiera. Parę dni, czasem dzień bez dzieci wystarczy, żeby złapać dystans do życia w rodzinie. Na dodatek poprawa jakości bytowania w statusie matka pociąga za sobą pozytywne zmiany dla statusów żona i kochanka! Yeah!
To lubię.
Okazało się, że mogę, umiem troszkę oddalić się od ogniska domowego. W tym czasie nic złego się nie dzieje, ktoś dorzuca drwa do ognia, nie muszę ja wszystkiego doglądać.
Postaram się to kultywować, urywać kawałki dni dla siebie. Na razie powoli, bez ciśnienia, żeby się nie spalić w zetknięciu z atmosferą. Żeby sodówa mi do głowy nie uderzyła. Muszę przeprowadzić wewnętrzną rozmowę z moimi potrzebami. Przeprosić się ze "zmarnowanym czasem". Reaktywować marzenia. Przysłowiowe pasje - przypomnieć sobie definicję słowa, a później stopniowo zacząć trenować i praktykować. Nic na siłę.
Zastanowić się jak przeprowadzić rekonstrukcję życia, żeby się Hany nie spłoszył.
Obowiązek zdjęty czasowo ze mnie, nakłada się automatycznie na niego. A wiadomo jak spada macierzyństwo na kobietę, to ona musi dać radę, bo to matka przecież, nie ma innego wyjścia - wmówili mi. A jak spada na faceta, to on dokonuje wyboru, czy chce angażować się na 100%, czy na pół gwizdka - wszystkie opcje dozwolone i akceptowalne przez społeczeństwo.
Całe szczęście Ukochany mój nie kłania się stereotypom.
Panowie kiwają głowami ze zdziwieniem, panie zazdroszczą. Otóż mam w domu Rzadkość, który odkurza, myje podłogę, podgrzewa kotlety, gotuje parówki, umie robić dobrą herbatę z cytryną i cukrem, no i już całkiem niebywałe zajmuje się dziećmi! Na dodatek pozwala mi wychodzić z domu dalej niż do warzywniaka i na dłużej niż na godzinę.
Mógłby nie robić nic z wypisanych powyżej.
Wystarczy, że dostrzega iż jestem człowiekiem i zasługuję na to by żyć.
9.06.2011
Wyjechali
Nie mogę zrozumieć jak to jest, że marzysz o czymś miesiącami, a jak już to dostajesz, okazuje się że albo tego nie potrzebowałaś, albo miałaś inne wyobrażenie o szczęściu jakie dzięki temu miałaś osiągnąć?
Tak było i tym razem...
Stało się!
Dzieci w liczbie dwa i mąż w liczbie jeden, wyjechali na weekend do dziadków!
Nie pisałam, nie mówiłam, nie chwaliłam się, nawet nie chciałam myśleć, żeby nie zapeszać. Przecież z nimi, no z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. Sytuacja może zmienić się w ciągu godziny. Pozorny spokój i nicniedziejstwo może trwać nawet kilka dni. Zaplanujesz coś przyjemnego, to zaraz się gówniarz jeden z drugim rozchoruje.
Marzyłam o takim momencie od roku chyba, ale tak mocno nie wierzyłam w powodzenie przedsięwzięcia, że cholera nic nie zaplanowałam fajnego na ten weekend.
Myśl kobieto, myśl!
Czy mam jeszcze numery do znajomych? Dobra, a czy ktokolwiek jeszcze mnie pamięta - chyba prawdy znać nie chcę, może zaboleć. To może do kina pójdę, ale nie mam pojęcia co grają w tym r o k u!! Paznokcie umaluję, wykąpię się w wannie i będzie to trwać dłużej niż przepisowe trzy minuty. Maseczka z alg... ha ha ha po terminie jedyne osiem miesięcy.
Jeny jaki bałagan, nie mogę się skupić... Trochę poprzestawiam, z grubsza ogarnę ten burdel i gdzieś ruszę moją szanowną dupcię.
Bilans weekendu:
- sześć pralek,
- trzy zmywarki,
- uporządkowana szafa z ubraniami dla dorosłych,
- odkurzone mieszkanie,
- wypucowana podłoga,
- umyta lodówka,
- posegregowane zabawki,
- wyczyszczony balkon,
- zmieniona pościel,
- zasadzona bazylia i lubczyk :-),
- w międzyczasie dwa razy po siedem godzin kursu na...,
- dwie kąpiele po trzynaście minut (dłużej to by była strata czasu),
- umalowane paznokcie,
- i jedna bardzo miła i długa rozmowa z najlepszym przyjacielem płci żeńskiej
Jestem szczęśliwa, mogą wracać!
8.06.2011
Niedzielna wyprawa
Pierwszy raz spakowałam się dzień przed planowanym wyjazdem, żeby uniknąć ścisku pośladków i zapewnić sobie względny spokój w onym dniu. Bo wyjazd mamy z dwójką dzieci to naprawdę olbrzymie logistyczne przedsięwzięcie.
Pogoda zapowiadała się cudownie: optymalne 25 stopni Celcjusza, z lekka orzeźwiający wicherek i przelotne burze tylko na terenie, z którego akurat wyjeżdżałam.
Dzieci zdrowe, co od jakiegoś czasu uważam za najważniejszy czynnik decydujący o moim samopoczuciu.
Rozmowa z mamą o poranku, potwierdziła że i jej udzielił się dobry nastrój, żadnych narzekań, pretensji, ponagleń, słodkie zniecierpliwienie…
No, wymarzone warunki na wycieczkę za miasto.
Wyjedziemy z samego ranka, żeby nacieszyć się słońcem i świeżym powietrzem i poprzebywać z rodzicami, trochę więcej niż standardowe trzy godziny.
Cudownie!
08:00 – hmm może zadzwonię do Brata, czy już wyjechał z domu? Może wyjdziemy mu na spotkanie, żeby nie opóźniać momentu odjazdu?
08:15 – ok dzwonię, mieli wstać o poranku. Nie odbiera…
08:50 – odebrał, kacowy głos, niewyraźnie wspomina, że zaspali. Trochę mnie irytuje… Dobra nie ma co psuć sobie niedzieli! Ok, przyjeżdżajcie jak najszybciej!
10:00 – co do cholery oni robią? Ileż można jechać 10km, przecież, ach… brak mi słów! Dobra staram się nie pokazywać zdenerwowania, nie chcę im popsuć nastroju, może to tylko mój urojony problem z tą punktualnością.
10:30 – elegancko (3 dorosłych + 2 dzieci z autonomicznymi gigantycznymi fotelikami + bagaże) upakowani do samochodu ruszyliśmy nareszcie w podróż na jeden dzień za jeden uśmiech. Będzie dobrze, zen…
12:00 – dojechaliśmy, uff… Wprawdzie mieliśmy być dwie godziny temu, ale miałam się nie spinać… ok dasz radę? Dam.
12:15 – śliczny mały podwórkowy kundelek @#$%#$^ ugryzł moje ukochane dziecko No1. Zaczęło się, wrzask rozdziera przestrzeń, kury uciekają do kurnika, pies do budy, ludzie bieszą się i zamykają w sobie. Jezu, jak ona wrzeszczy! Ten krzyk morduje współczucie, które zastępowane jest przez błagalne „niech ona przestanie krzyczeć”!
12:45 – No1 przestała krzyczeć i szlochać, zajęła się zabawą w „Walnę No2 w głowę, na pewno ktoś zwróci wtedy na mnie uwagę” (oczywiście nigdy się nie myli)
13:00 – Obiad z rodziną, jedno dziecko na kolanie, zmielona babcina zupka na szczęście smakuje. Drugie dziecko na drugim krześle udaje, że nie ma rączek – trzeba karmić. Powtarzam jak antyzarazkową mantrę: nie pomylić łyżki, nie pomylić łyżki…
13:20 – koniec obiadu, zabrali mi talerz, dlaczego nikt nie zauważył, że nie zdążyłam nic zjeść?!
13:30 – poobiedni spacerek - cuuudownie, łąki łan, ptasi śpiew, pianie koguta… i krzyk rozdzierający eter. No1 wyrżnęła orła na betonie wylanym wokół domu dziadków, zdarte kolano! Burczy mi w brzuchu, nic jeszcze dzisiaj nie piłam, oprócz likieru jagodowego na dobre strawienie obiadu którego nota bene nie zjadłam.
13:45 – udało się wmówić No1, że kolano nie boli.
13:50 – No1 przypomniało się, że kolano jednak boli, i to bardzo.
14:00 – po zmianie spodni, No1 zapomniała o kolanie. Eee…
A potem już było tylko gorzej:
15:00 – upadek na hulajnodze! Na asfaltową drogę.
15:50 – pogryzienie odkomarowe!
16:15 – No1 szlocha, ja szlocham próbując jej wyjaśnić, że naprawdę ją kocham…
17:00 – wywrotka na betonie
17:20 – cała rodzina zastanawia się kiedy w końcu pojedziemy do domu.
18:00 – poślizg na piłce. Gdybym przyjechała własnym samochodem, byłabym już w drodze powrotnej do domu, zmęczona, ale bez uczucia winy, że zamęczam dzieci i całą moją rodzinę, nie przyzwyczajoną do widoku małych rozdarciuchów.
19:00 – pokłucie kolcami dzikiej róży, dlaczego jeszcze nie wsiadamy do tego cholernego auta?
20:00 – aaaaaaaaaa! Pakujemy torby, No1 wyje, No2 patrzy i zupełnie nie rozumie o co chodzi tej wariatce. Buziaczki i uściski, do następnego c u d o w n e g o razu, trzymajcie się. Nawet nie zdążyłam porozmawiać z mamą… znowu…
Boże, dlaczego, wyjechałam z domu?!
21:30 No1 budzi się po podróży, wymęczona , śpiąca, niesiona na rękach do przytulnego, własnego, bezpiecznego łóżeczka i mówi – mamusiuuu, było super!!
Eeee… Brak mi słów…
Pogoda zapowiadała się cudownie: optymalne 25 stopni Celcjusza, z lekka orzeźwiający wicherek i przelotne burze tylko na terenie, z którego akurat wyjeżdżałam.
Dzieci zdrowe, co od jakiegoś czasu uważam za najważniejszy czynnik decydujący o moim samopoczuciu.
Rozmowa z mamą o poranku, potwierdziła że i jej udzielił się dobry nastrój, żadnych narzekań, pretensji, ponagleń, słodkie zniecierpliwienie…
No, wymarzone warunki na wycieczkę za miasto.
Wyjedziemy z samego ranka, żeby nacieszyć się słońcem i świeżym powietrzem i poprzebywać z rodzicami, trochę więcej niż standardowe trzy godziny.
Cudownie!
08:00 – hmm może zadzwonię do Brata, czy już wyjechał z domu? Może wyjdziemy mu na spotkanie, żeby nie opóźniać momentu odjazdu?
08:15 – ok dzwonię, mieli wstać o poranku. Nie odbiera…
08:50 – odebrał, kacowy głos, niewyraźnie wspomina, że zaspali. Trochę mnie irytuje… Dobra nie ma co psuć sobie niedzieli! Ok, przyjeżdżajcie jak najszybciej!
10:00 – co do cholery oni robią? Ileż można jechać 10km, przecież, ach… brak mi słów! Dobra staram się nie pokazywać zdenerwowania, nie chcę im popsuć nastroju, może to tylko mój urojony problem z tą punktualnością.
10:30 – elegancko (3 dorosłych + 2 dzieci z autonomicznymi gigantycznymi fotelikami + bagaże) upakowani do samochodu ruszyliśmy nareszcie w podróż na jeden dzień za jeden uśmiech. Będzie dobrze, zen…
12:00 – dojechaliśmy, uff… Wprawdzie mieliśmy być dwie godziny temu, ale miałam się nie spinać… ok dasz radę? Dam.
12:15 – śliczny mały podwórkowy kundelek @#$%#$^ ugryzł moje ukochane dziecko No1. Zaczęło się, wrzask rozdziera przestrzeń, kury uciekają do kurnika, pies do budy, ludzie bieszą się i zamykają w sobie. Jezu, jak ona wrzeszczy! Ten krzyk morduje współczucie, które zastępowane jest przez błagalne „niech ona przestanie krzyczeć”!
12:45 – No1 przestała krzyczeć i szlochać, zajęła się zabawą w „Walnę No2 w głowę, na pewno ktoś zwróci wtedy na mnie uwagę” (oczywiście nigdy się nie myli)
13:00 – Obiad z rodziną, jedno dziecko na kolanie, zmielona babcina zupka na szczęście smakuje. Drugie dziecko na drugim krześle udaje, że nie ma rączek – trzeba karmić. Powtarzam jak antyzarazkową mantrę: nie pomylić łyżki, nie pomylić łyżki…
13:20 – koniec obiadu, zabrali mi talerz, dlaczego nikt nie zauważył, że nie zdążyłam nic zjeść?!
13:30 – poobiedni spacerek - cuuudownie, łąki łan, ptasi śpiew, pianie koguta… i krzyk rozdzierający eter. No1 wyrżnęła orła na betonie wylanym wokół domu dziadków, zdarte kolano! Burczy mi w brzuchu, nic jeszcze dzisiaj nie piłam, oprócz likieru jagodowego na dobre strawienie obiadu którego nota bene nie zjadłam.
13:45 – udało się wmówić No1, że kolano nie boli.
13:50 – No1 przypomniało się, że kolano jednak boli, i to bardzo.
14:00 – po zmianie spodni, No1 zapomniała o kolanie. Eee…
A potem już było tylko gorzej:
15:00 – upadek na hulajnodze! Na asfaltową drogę.
15:50 – pogryzienie odkomarowe!
16:15 – No1 szlocha, ja szlocham próbując jej wyjaśnić, że naprawdę ją kocham…
17:00 – wywrotka na betonie
17:20 – cała rodzina zastanawia się kiedy w końcu pojedziemy do domu.
18:00 – poślizg na piłce. Gdybym przyjechała własnym samochodem, byłabym już w drodze powrotnej do domu, zmęczona, ale bez uczucia winy, że zamęczam dzieci i całą moją rodzinę, nie przyzwyczajoną do widoku małych rozdarciuchów.
19:00 – pokłucie kolcami dzikiej róży, dlaczego jeszcze nie wsiadamy do tego cholernego auta?
20:00 – aaaaaaaaaa! Pakujemy torby, No1 wyje, No2 patrzy i zupełnie nie rozumie o co chodzi tej wariatce. Buziaczki i uściski, do następnego c u d o w n e g o razu, trzymajcie się. Nawet nie zdążyłam porozmawiać z mamą… znowu…
Boże, dlaczego, wyjechałam z domu?!
21:30 No1 budzi się po podróży, wymęczona , śpiąca, niesiona na rękach do przytulnego, własnego, bezpiecznego łóżeczka i mówi – mamusiuuu, było super!!
Eeee… Brak mi słów…
Subskrybuj:
Posty (Atom)